Natura dała nam dwoje oczu, dwoje uszu, ale tylko jeden język po to, abyśmy więcej patrzyli i słuchali, niż mówili - Sokrates
RSS
piątek, 18 maja 2012

Dźwięczny dziadek rozwalił mnie dziś do końca- nie miał nic do roboty, zamiast gapić się na Facebooka i siorbać kawę, przyszedł pomóc- naklejał naklejki, ciął bąbelki, składał kartony, podawał pudełka. I cały czas zagadywał, nucił. Normalnie zapytam w poniedziałek, czy mnie adoptuje. Bo to będzie kolejny trudny poniedziałek. Zostajemy tylko w piątkę, nasz visor wraca na swoje regularne stanowisko, skończyły się bluzy w rozmiarze L i chyba najpóźniej we wtorek skończymy to całe pakowanie...

23:37, justinehh
Link Komentarze (3) »
czwartek, 17 maja 2012
dźwięczny dziadek

Pognałam dziś przed pracą do banku i do urzędu, coby złożyć papierek o zasiłek na mieszkanie ( nie wierzę, że mi się to uda, no ale może). Do magazynu dojechałam akurat na przerwę. A po przerwie- inwentaryzacja. No bo niby skończyliśmy już pakować zestawy vipowskie i zostały tylko te zwykłe, mniej złożone, ale i tak dalej nie mamy części rozmiarów, trzeba też było policzyć, ile sztuk czego my właściwie mamy. Oraz czy gdzieś ktoś nie rąbnął się z rozmiarem na worku czy metce.

No i tak sobie po raz kolejny przeglądałyśmy kolejne bluzy i koszulki, a gdzieś w tle szalała dyskusja- do kiedy my właściwie pracujemy? Agencji nic do tego, decyzję musi podjąć menedżer. A zakładając, że będziemy pracować w sobotę, za Chiny nie spakujemy prawie trzech tysięcy zestawów w dwa dni. Bo pakowanie to jedno, ale ktoś jeszcze musi skleić pudełka ( takie ozdobne, zamykane na magnes), zapakować je do worków, do kartonów i na palety.

I tylko jedna osoba zdaje się niczym nie martwić. To jeden z panów, który zasuwa w tym magazynie na wózku. Dziadek na oko w wieku przedemerytalnym, zawsze pogwizduje, nie musi nawet używać dzwonka, żeby oznajmić, że jedzie z kolejną paletą baterii słonecznych.  Pokazywał nam nawet jazdę bez trzymanki, oczywiście na pustym wózku. Wyluzowany, sympatyczny, zawsze zagada, albo się wyszczerzy. Albo zawoła, że przejedzie jeszcze tylko osiem razy i możemy spokojnie sklejać kartony, po czym zajrzy do jednego z nich i zawoła "Jest tam kto!". Nawet kawę miesza, stukając łyżeczką o kubek. Ale ten drobiazg łatwo można mu wybaczyć...

23:07, justinehh
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 maja 2012

Konsekwentnie nie lubię poniedziałków..

Rano zamarudziłam minutę nad wyborem butów- niby słońce świeciło, ale kto wie jak długo. Marudzenie odbiło się chwilę później. Autobus przyjechał wyjątkowo o czasie, ale mnie zabrakło minuty do zatrzymania go. Wsiadłam w następny ( piętrus), ale i tak musiałam panu kierowcy powoli i dużymi literami wytłumaczyć, że nie jadę do Sainsbury'ego, tylko do pubu Pszczoła. Do tego resztką zdychającej baterii odebrałam sms, że koleżanka, która była w owym zwianym autobusie poczeka na mnie na przystanku. Widoki z piętrusa jak zwykle zapierały dech w piersi, ale cena biletu też była zabójcza.

W pracy- nudy okrutne. Zapakowaliśmy część zestawów do pudełek, których składanie jest wyjątkowo nudne. Trochę ożywienia wprowadził przyjazd nowej partii ciuchów do ometkowania i wizyta głównego Seana, ale to dopiero pod koniec dnia. W międzyczasie zaszło słońce, zrobiło się zimno i litościwy Sean numer dwa zamknął drzwi od magazynu, coby nie przewiało nas na wylot, przy okazji ochrzaniając nas za nieustanne rechotanie się. Jeszcze wcześniej przyjechała Pani Kanapka, w wyniku czego jedna z koleżanek obraziła się na mnie na cały dzień, ponieważ sprzątnęłam jej sprzed nosa ostatnią paczkę czekoladowych muffinek...

Koleżanka odpowiedzialna za mój wyjazd przeniosła się dziś do nowego domu gdzieś na drugim końcu miasta. No cóż, wszystko co dobre, szybko się kończy, znowu nie będzie mi się chciało gotować tylko dla samej siebie...

22:21, justinehh
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 maja 2012
Euro daje pracę

-Jest takie zadanie, trzeba przygotować i spakować trzy tysiące zestawów gadżetów na Euro 2012- ogłosił Sean, nasz menedżer. No i tak od wtorku siedzimy w magazynie i pakujemy. Ale to wcale nie takie proste. W zestawach są koszulki polo, spodnie, bluzy, kurtki antydeszczowe, buty, plecaki i jakieś drobiazgi.

W sumie jest nas siedem dziewczyn i jeden supervisor. Zestawy teoretycznie składa się prosto, według instrukcji obsługi, w praktyce wygląda to różnie. Do wszystkiego trzeba najpierw przyczepić metki i oznaczyć pudła, żeby było wiadomo, gdzie co leży. A potem jest jedna wielka karuzela- czapeczki nie dojechały, koszulki polo miały być białe, okazały się szare i leżały w drugim kącie magazynu. Białe koszulki dojechały chwilę później i od razu poszły do paczek dla vipów z jednej firmy. Po czym zabrakło spodni w jednym rozmiarze i trzeba było dokładać o rozmiar mniejsze ( po godzinie konsultacji z górą). A potem zrobić spis inwentarza i czekać na dosłanie brakujących rzeczy.

No właśnie, góra. Sean naprawdę o nas dba. Od razu dostałyśmy specjalne rękawiczki (ale brudnej roboty na razie nie ma za dużo) i szafki ( bo ta część magazynu jest nowa). Dzień później dojechały papierowe kubki,  neska trzy w jednym i radio. A wczoraj doczekałyśmy się ciastek. No i Sean jest wyjątkowo cierpliwy i do tego ma poczucie humoru. Tego ostatniego nie brakuje też naszemu visorowi- też ma na imię Sean. Z rodzaju tatuaży jakie posiada, niezbicie wynika, że siedział w więzieniu, poza tym jest bardzo sympatyczny i nienadęty.

Dziś spakowałyśmy część zamówienia na Ukrainę ( tym razem zabrakło butów rozmiar cztery i a jakże inaczej, białych koszulek). Gdyby nie mała afera ze złymi długościami spodni pewnie zaczęłybyśmy oklejać trzy tysiące pudełek...

 

Dyscyplina budżetowa poszła dziś na boczny tor- wydałam pół wypłaty na żakiet. Ciekawe tylko, jak długo to jeszcze potrwa...

18:52, justinehh
Link Komentarze (7) »
niedziela, 06 maja 2012
dowody zbrodni

Pamiętacie ten wpis szkoda w sałacie ?

Po dzisiejszym dniu już (chyba) wiem, skąd ten szkielet wziął się w sałacie. Trafiłam dziś na sałatowy low risk, czyli miejsce, gdzie myje się sałatę i kroi warzywa. Moje zadanie- banalnie proste- przeglądać sałatę jadącą na taśmie do mycia. I tak przez cały dzień szukałam zaschniętych liści, kwiatków, liści innych gatunków i insektów ( najciekawsze co wydłubałam- ćma i gumka recepturka). Tak oczyszczona sałata wpada do zbiornika z wodą, bębna, taśmy, drugiego bębna i czyściutka jedzie do drugiej hali.

I ja się wcale nie dziwię, że ktoś przeoczył taki drobiazg, jak ptasi szkielet. To wyjątkowo nużące i monotonne zajęcie, a ostatnie trzy godziny były wyjątkowo długie, można by przeoczyć słonia, a nie jakiś tam szkielet.

Najciekawszy moment dnia? Kolejna naprawa prądu, nikt nie wiedział, czy potrwa dziesięć minut, czy dwie godziny. Ale dzięki temu menedżerstwo low risku zyskało chwilę na przemówienie o zakazie jedzenia i picia na parkingu, pojawił się też dowód zbrodni- zdjęcie porzuconego na parkingu czepka. Czepek był co prawda innego koloru, niż ten z naszej hali, ale zużyte należy wyrzucać do kosza, zostawienie na zewnątrz grozi nalotem kontroli i poważnymi konsekwencjami...

22:10, justinehh
Link Komentarze (5) »
sobota, 05 maja 2012
ciacho hybrydowe

Od wtorku wstaję o czwartej dwadzieścia i od szóstej trzydzieści trenuję wrzucanie pomidorków z gatunku cherry do sałatek, trenując przy tym dodawanie i odejmowanie w przedziale od pięciu do ośmiu. Po drodze trenuję też rozmaite portugalskie imiona, a w ramach odpoczynku naklejam nalepki, sypię szczypiorek i inną marchewkę ( a czasem robię za tłumacza i pilota). No i ostatnie półtorej godziny to prawdziwa walka o utrzymanie koncentracji.

Ale w środę nie dane mi było potrenować, ponieważ w fabryce zdechł prąd. Najpierw zdechły po kolei zgrzewarka ( standard) i taśma, a przed dziewiątą zarządzono przerwę, która przeciągnęła się do jedenastej trzydzieści, po czym wypuszczono ( nas agencyjnych) do domu. Przy okazji załapałam się na wizytę w salonie Peugeota, gdzie obśliniłam się do lewka  508 Hybrid. Nie wiem, jak to jeździ, ale wizualnie jest po prostu prześliczny. No i najlepsze- wsiadam, zadzieram głowę, a szczękę zbieram z podłogi, bo cały dach jest szklany...

Dziś w fabryce było więcej Polaków niż Portugalczyków i od razu atmosfera była jakaś inna. Choć ten jeden, który stał z nami na linii godnie spełniał swoje zadanie, a po polsku przeklinał lepiej ode mnie. Po lunchu na moment zgasło światło i wagi się zresetowały, nie pokazywały godziny, tylko wagę pojemnika. Do tego znowu zdechła zgrzewarka, a jej naprawa zajęła jakąś godzinę.

O wpół do czwartej menedżerka powiedziała, że mogę iść już do domu. Z naszej agencji przyjechała nas piątka. Razem ze mną wyszły jeszcze dwie osoby, trzeci chłopak dobił czterdzieści minut później. Nasz kierowca skończył dopiero o piątej, no trudno się mówi. W międzyczasie znowu usłyszałam, że dobrze mówię po angielsku. Tylko dlaczego pracuję w fabryce, a nie rozwalam się w jakimś biurze...

21:33, justinehh
Link Komentarze (5) »
wtorek, 01 maja 2012
sałatka klasyczna

Pierwszy maja, czyli święto pracy. No zgadza się. Pobudka parę minut po czwartej i jazda na sałatę. Trafiło mi się bardzo odpowiedzialne zadanie- sprawdzanie, czy na pudełkach z sałatką ( klasyczna mieszanka sałaty i warzyw dla wielkiej siec) jest data i naklejka na dnie. Na jakieś tysiąc pudełek naklejki nie było na trzech. Osobna historia to cuda, jakie wyprawiała zgrzewarka.

Do pierwszej przerwy było ok, po przerwie maszyna zaczęła tworzyć rozmaite dzieła z folii, a ja zaczęłam lekko przysypiać. Po godzinie portugalska team leaderka zarządziła kolejną przerwę na herbatę, znaczy się na naprawę. Potem jakoś już to leciało. Po lunchu maszyna, jakby wyczuwała obecność najedzonych ludzi, po prostu śmigała. No, do czasu. Team leaderka tylko mruczała pod nosem "co za dzień, co za dzień", a jej rodak, przy kolejnym wydłubywaniu folii został z drzwiczkami do komory zgrzewającej w rękach. Smiechu było co nie miara, kiedy te drzwiczki zakładał z powrotem.

A gdzieś koło czwartej taki jeden Portugalczyk stwierdził "wyglądasz na zmęczoną". Oczywiście zaprzeczyłam, ale pewnie te dwa tygodnie nicnierobienia zostawiły jakieś ślady. A przede mną trudna rozmowa z landlordką. Gra toczy się o wypełnienie jednego papierka...

20:43, justinehh
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 kwietnia 2012
znaki szaleństwa

Poszłyśmy wczoraj z koleżanką na imprezę. Z tej okazji zyskałam (jeszcze się trzyma) błyszczące, proste włosy. Zabieg był długi i niezwykle bolesny, do tego przekonałam się, że kręcona szopa siana ( choć nie jest elegancka), znacznie ułatwia ukrywanie pojedynczych siwych włosów.

No i Anglicy generalnie lubią dobrą zabawę, ale są też osobniki wyjątkowo agresywne, u których każde przypadkowe zderzenie na parkiecie wywołuje chęć do bójki ( do tego to była dziewczyna). Tym razem w pobliżu na szczęście był też osobnik pokojowo nastawiony, który zręcznie rozładował sytuację. Wczoraj doceniłam też lepiącą się podłogę. Co prawda można zostawić na takiej podłodze buta ( baleriny, he he), ale też ryzyko poślizgu i uszkodzenia sobie kolana albo innej kostki jest minimalne...

W drodze do wodopoju, przy głównym placu znalazłam dwa pi, parę metrów później, przy oddziale mojego banku podniosłam całą pięćdziesiątkę. Sobotni targ podarował mi jeszcze pięć pi. Dawno nie znalazłam na ulicy aż tyle kasy. Czy to znaczy, że los zaczyna się odwracać, czy to tylko moje pobożne życzenia? Choć w tej chwili w pubach i na ulicach zapanowało lekkie szaleństwo, bo lokalna drużyna piłkarska właśnie przypieczętowała awans do Premiership, co może oznaczać napływ gotówki i pobudzenie ekonomiczne...

15:59, justinehh
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 189