Menu

BLOG NA MIGI

wielobarwna codzienność w małym mieście w Wielkiej Brytanii...

Glasgow nie chce mnie wypuścić

justinehh

 Glasgow ma też wielką gotycką katedrę, ale los niespecjalnie sprzyjał jej zwiedzaniu- za pierwszym razem trafiłam tam na jakieś wyjątkowo krótkie godziny otwarcia, za drugim podejściem wywalili mnie stamtąd po pięciu minutach z informacją, że za chwilę zacznie się ślub. Ale wejścia na cmentarz za katedrą nikt nie broni, tym bardziej, że można wybrać bardzo malowniczą trasę przez most.Cmentarz jest pokaźny, przypomina trochę ponury ogród, a nad całością góruje monument Johna Knoxa ( tego samego, który ma dom w Edynburgu). Na kolejną uroczystość natknęłam się w kościele św Andrzeja, który wygląda jakby najpierw zbudowano główną fasadę, a wieża powstała dopiero później i z kamienia w innym kolorze.

Z Glasgow blisko jest do Edynburga, pociąg jedzie godzinę ( dlaczego nikt mi wcześniej nie powiedział, że monument Waltera Scotta ma schody). Ale i tak najlepszą opcją jest wykupienie całodniowej wycieczki po górskich obszarach Szkocji. Przy odrobinie szczęścia widoki są niezrównane, choć najwyższy szczyt na Wyspach, Ben Nevis, schował się za chmurami. Loch Lomond, największe jezioro po prostu zniewala urokiem, Loch Ness niewiele mu ustępuje i choć nigdzie nie widać potwora, to samo jezioro pokazuje podział, o którym rzadko kiedy słychać. Brzegi Loch Ness są zupełnie różne pod względem ukształtowania i roślinności a jezioro razem z dwoma innymi tworzy formację na uskoku dwóch różnych płyt tektonicznych. Ludzie z okolic Loch Ness są przyzwyczajeni do słabych trzęsień ziemi.

Kawałek za Loch Ness leży malowniczo położone Inverness, które swoją równie uroczą nazwą kusiło mnie od dłuższego czasu, niestety nie było mi dane do niego dotrzeć, bo na jedynej drodze właśnie tego dnia jakiś motocyklista postanowił się dosyć boleśnie porozbijać.

Szkocja ma też wersję w miniaturze w postaci wyspy Arran. Można dostać się tam promem.Południe jest raczej nizinne, północ to góry. Są też widoki na okoliczne wyspy, szczególnie wbija się w pamięć pojedyncza samotna skała na południu. Na wyspie mieszka około tysiąca osób. Zwiedzać można autobusem, który jeździ rzadko, a najlepiej mieć tam samochód. Mnie trafił się autobus objeżdzający całą wyspę, a dodatkowo służący jako bus szkolny w górzystej części. Gromadka maluchów grzecznie wysiadająca na kolejnych przystankach czy kierowca zatrzymujący się na środku drogi, ale w umówionym wcześniej miejscu- czegoś takiego nie spotyka się codziennie.  Na wyspie jest też destylarnia whisky i fabryka kosmetyków. No i widoki są tam naprawdę piękne.

W Glasgow nie widać na ulicach zbyt wielu kolorowych czy indusów. Ale przechodząc obok trudno czasem zrozumieć, o czym rozmawiają, dopiero po osłuchaniu wiadomo o co chodzi. Rozszyfrowanie kto jest kto utrudnia też masa Włochów. Wracając z portu trafiłam do malutkiej włoskiej kawiarni która serwowała genialne ciabaty z warzywami. Trafił mi się też makaron w restauracji która na pewno nie była sieciówką i był to jeden z lepszych makaronów jakie w życiu jadłam.

A na koniec Glasgow nie chciało mnie wypuścić. Wpadam grzecznie na lotnisko trzy godziny przed czasem i godzinę przed odlotem dowiaduję się, że samolot ma opoźnienie przez awarię. Dwie zmiany bramek i dwie godziny póżniej wreszcie wsiadam na pokład, zamiast być w domu o czwartej, jestem po siódmej.

 

ps jak wyzdrowieję może uda mi się wstawić jakieś zdjęcia...

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • marga77

    właśnie miałam zapytać, a gdzie zdjęcia? ;)))
    zdrowiej szybko i skutecznie! niekoniecznie z powodu zdjęć :***

© BLOG NA MIGI
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci